„Hałas, pył, spaliny.” Piekło obok kolejowej rampy

Mieszkańcy Palędzia i Dąbrówki koło Poznania żyją tuż obok kolejowej rampy, na której od świtu do późnego zmroku trwa rozładunek towarów. Również w soboty. Skarżą się przede wszystkim na potworny hałas, ale też pył i łamanie przepisów. Gdy próbowaliśmy uzyskać wyjaśnienia, nasza ekipa została uwięziona przez pracownika firmy rozładowującej tabor.
Mieszkańcy Palędzia i Dąbrówki wiedzieli, że będą mieszkać przy torach, ale nie spodziewali się, że to będzie takie piekło.
- My tu przyjeżdżaliśmy podczas budowy, żeby zobaczyć teren, zajrzeliśmy do miejskiego planu zagospodarowania przestrzennego. Widzieliśmy, że są tory, tory przecież przejeżdżają przez całą Polskę w różnym kierunku i to każdy z nas akceptował. Na planie miejskim nie ma informacji, że jest rampa przeładunkowa. Ta informacja jest tylko w dokumentach PKP, to trzeba naprawdę mieć dużą wiedzę, żeby się do tego w ogóle dokopać. Jak transporty były dwa razy w miesiącu, to tego nie zauważyliśmy. Ale jak mamy teraz codziennie od rana do wieczora, to jest naprawdę koszmar - opowiada Rafał Mikołajczyk, mieszkaniec wsi Dąbrówka.
- Rampa pracuje od porannych godzin, czyli od 6 rano do godz. 22, a nawet czasami przekracza te godziny. Od poniedziałku do soboty. Jest na tej rampie rozładunek kruszywa, polega to na tym, że ładowarki wyciągają z wagonów szuter. Właśnie słyszymy, że łyżka metalowa uderza o metal i to się bardzo niesie, jakbyśmy bęben jakiś uruchomili. Po czym ta łyżka wrzuca ten szuter do wywrotek, tak zwanych wanien i ten rozładunek odbywa się prawie non stop – dodaje Tomasz Ratajczak z miejscowości Palędzie.
ZOBACZ: Nielegalne hałdy śmieci Jacka S. Urzędnicy bezradni, protesty nie pomagają
Dom na kredyt kupiła w Dąbrówce między innymi Iwona Marczuk. Wychowuje małe dzieci.
- Mieszkamy blisko, z okien widać tory, widać koparki i ten przeładunek, który trwa 16 godzin na dobę. Jest hałas, jest pył, są spaliny. Nie można się wyspać, w sobotę o 6 rano rozpoczyna się ten rozładunek. Żeby normalnie spać, to trzeba mieć zasunięte rolety zewnętrzne, zatyczki w uszach. W dodatku mój syn ma atopowe zapalenie skóry, często łapie różne infekcje górnych dróg oddechowych. Nie wiemy, jaki wpływ ma na to fakt, że on oddycha tym zanieczyszczonym powietrzem, tego nie zbadamy – tłumaczy pani Iwona.
Mieszkańcy chcą protestować, ale najpierw muszą przekrzyczeć hałas.
- Wpływały do nas wnioski mieszkańców o podjęcie działań interwencyjnych. W związku z tym, że od 2020 roku jest przekroczenie norm hałasu, nakładamy kary – tłumaczy Łukasz Strażyński z Wojewódzkiego Inspektoratu Ochrony Środowiska w Poznaniu.
- PKP co roku płaci kary i z uśmiechem mówi nam, że dla nich to nie są kary, lecz opłaty, bo są tak niskie. Albo państwo jest wadliwe, albo mamy taką patologię, że nikt nie jest w stanie wyegzekwować tego. Jeszcze tylko powiem, że włączyłem pomiar hałasu w decybelach i mamy około 90 decybeli na maksie, więc jest tutaj bardzo głośno. Organizujemy blokady, przejeżdżamy autami, stoimy, wzywamy Straż Ochrony Kolei, wzywamy policję – opowiada Rafał Mikołajczyk, mieszkaniec wsi Dąbrówka.
ZOBACZ: Burzliwy rozwód i zaginięcie. Mąż pani Beaty przebadany wariografem
Blokady i protesty odbywały się m.in. po godzinie 22, gdy wbrew założeniom, trwał rozładunek na rampie.
- Przyjeżdża policja i słyszymy, że „my tu za bardzo nie możemy, bo to teren PKP”, a Straż Ochrony Kolei nie może przyjechać szybko. Przyjeżdża dopiero półtorej godziny później. Przed ich przyjazdem operatorzy tych koparek przelatują tu przez tory do samochodów i odjeżdżają. Bawimy się w gangsterów i w szeryfa – dodaje Tomasz Ratajczak, mieszkaniec wsi Palędzie.
Właścicielem rampy są PKP Polskie Linie Kolejowe, ale rozładunek kruszywa prowadzi inna firma. Chcemy porozmawiać z jej szefem o przekraczaniu godzin pracy. Nagle pojawia się mężczyzna w czarnym samochodzie, który zatrzymuje naszą ekipę.
- Ten człowiek nadzoruje, to kierownik od spraw kolejowych, który niedawno dostał karę nałożoną przez sąd za to, że nadzoruje prace po godzinie 22 na rampie kolejowej. I to ileś razy – tłumaczą nam mieszkańcy.
- Jesteśmy tu na prośbę mieszkańców, chcieliśmy porozmawiać z tym panem, poinformowano nas, że go nie ma, więc chcieliśmy wyjechać, ale już nie daliśmy rady, ponieważ zostaliśmy zablokowani – tłumaczymy wezwanym policjantom.
ZOBACZ: Domagają się zwrotu pieniędzy od Agnieszki Rylik. Usłyszy zarzuty
Zostaliśmy uwolnieni przed spotkaniem w urzędzie gminy, które dotyczy hałasu. Mieszkańcy chcą skrócenia godzin pracy rampy.
- Nie będzie przedstawicieli PKP i nie będzie podmiotu wykorzystującego w znaczący sposób tę rampę – przekazał jednak wójt gminy Dopiewo Sławomir Skrzypczak.
- Tchórzostwo. Brak konfrontacji z nami pokazuje, kto w tej sytuacji tak naprawdę jest winny – komentuje Rafał Mikołajczyk, mieszkaniec wsi Dąbrówka.
- Mieszkańcy mają dwie ścieżki działania. Korzystają na razie z jednej: to droga postępowania administracyjnego, druga to ścieżka na gruncie prawa cywilnego. Pozew do sądu. Przygotowując się do takiej sprawy będziemy badać, czy mieszkańcy wskutek działania rampy nie doznali uszczerbku na swoim zdrowiu. Wtedy wchodzilibyśmy też w reżim odszkodowań, który byłby w razie uznania przez sąd takich roszczeń dość dolegliwy dla PKP – informuje Bartłomiej Musiał, radca prawny, pełnomocnik mieszkańców.
ZOBACZ: Zwrot po reportażu. Już nie jest „za stara” na dziecko
- Staramy się za każdym razem obligować firmy, które korzystają z tych punktów, aby przestrzegały obecnie obowiązujących przepisów. Ekrany akustyczne to jest inwestycja, która wymaga spełniania określonych procedur. Sądzę, że do końca roku będziemy mieli tę kwestię zamkniętą w sposób formalny, a realizację tej inwestycji, czyli już fizyczną budowę ekranów w przyszłym roku. Docelowo chcemy ten obiekt przenieść poza teren zurbanizowany, bliżej drogi S11. Tę inwestycję ujęliśmy w naszym dokumencie pod nazwą „PKP PLK zamierzenia inwestycyjne na lata 2021 – 2030 z perspektywą do 2040” – informuje Radosław Śledziński z PKP Polskich Linii Kolejowych.
- Będziemy protestować! Do skutku – zapowiadają mieszkańcy.