Wyremontował dworek i wynajął. Po kilku miesiącach zastał w nim… kurnik

- W domu trzymały 8 kotów i 5 psów, a także kury – mówi Paweł Sadowski. Chory mężczyzna wynajął dworek trzem kobietom, bo potrzebował pieniędzy na leczenie. Po kilku miesiącach panie przestały płacić, a kiedy w końcu się wyprowadziły okazało się, że wnętrze domu jest zrujnowane.
Dwór w podwarszawskich Zawadach pochodzi z pierwszej połowie XIX wieku. Kilka lat temu odziedziczył go po dziadku 29-letni Paweł Sadowski. W posiadaniu jego rodziny jest od 100 lat.
- Dwa lata temu wyremontowaliśmy jedną część i wynajmowaliśmy ją takiej firmie, nie było żadnych problemów. W zeszłym roku postanowiliśmy wyremontować drugą część. Nie stać nas było na wynajęcie ekipy, więc postanowiłem zrobić to sam – opowiada Artur Plichta, ojczym właściciela dworku.
- Ja tam mieszkać nie chciałem, bo za duży jest dla jednej osoby, wolałem to wynająć. Potrzebowałem pieniędzy na leczenie, na życie, myślałem, że po prostu będę miał dochód dodatkowy, bo niecałe 2 tysiące renty nie starcza mi żeby przeżyć - opowiada Paweł Sadowski, właściciel nieruchomości.
Wyremontował dworek i wynajął. "Zamieniony w oborę"
Trzy lata temu pan Paweł z powodu raka stracił nogę.
- Najpierw miałem na kostce guz. Rak jest na tyle złośliwy i szybko się rozwija, że w ciągu miesiąca półtora może urosnąć kolejny guz do dość dużych rozmiarów. Nie byłem 3-4 miesiące na tomografii i zacząłem nagle pluć krwią. U lekarza okazało się, że to jest przerzut. W Warszawie powiedzieli mi, że została mi tylko chemia, pół roku życia i koniec – opowiada pan Paweł.
- Był jedną nogą na drugiej stronie, lekarze nie dawali praktycznie żadnych szans. Szpitale odmawiały leczenie, bo to było bardzo duże ryzyko – dodaje Daniel Stawiarski, przyjaciel rodziny.
ZOBACZ: Dramat na starość. Rodzina odcięła 83-latkę od kanalizacji
Operacji usunięcia guza z płuc podjął się lekarz w Zakopanem. Kiedy właściciel dworku leżał w szpitalu, sprawą wynajęcia nieruchomości zajmował się jego ojczym, pan Artur.
- Nie podobało mi się to, że nie poinformowały mnie o ilości zwierząt, które trzymają, mianowicie kotów, psów. Zauważyłem, że dom zaczyna coraz bardziej przypominać schronisko. Po jakimś czasie panie przestały płacić – wspomina Artur Plichta.
- Nie płaciły za prąd, za czynsz, potrafiły naciągnąć ponad 2 tysiące miesięcznie za prąd i w końcu uzbierało się ponad 20 tysięcy długu, 18 tysięcy czynszu niezapłaconego i dodatkowo kilka tysięcy złotych za prąd, którego nie zapłaciły do dziś – uzupełnia Paweł Sadowski.
"Tutaj był kurnik"
Kiedy po kilku miesiącach trzy kobiety, które mieszkały w dworku, w końcu się wyprowadziły, to co właściciel domu i jego rodzina zastali w środku zupełnie ich zaszokowało.
- Jesteśmy w pokoju jednej z córek, która studiuje weterynarię, ona tutaj na materacu spała ze zwierzętami. Tutaj jest sypialnia, w której spała druga córka, widać całkowicie zdemolowane łóżko, tak samo: spanie ze zwierzętami. Pobrudzone, wszystko rozwalone. Wykładzina, która jest do zerwania, bo tego się nie da już wyczyścić, tutaj widzimy kał zwierząt. Na starym zabytkowym kominku, który jest warty kilkadziesiąt tysięcy złotych, widać uszczerbki, gdyż zwierzęta się wgryzały w tę masę. Dalej przejdziemy do drugiego pomieszczenia tutaj był swego czasu kurnik założony, były tu gołębie, kury, widzimy, że zwierzęta sobie robiły drapaki z mebli – oprowadza nas po dworku Artur Plichta.
- Jak można w domu zrobić sobie kurnik, gołębnik mieć cztery psy i w tych warunkach żyć? Szambo nie było wybierane, wybijało do piwnicy, to był smród taki, że ludzie obok nie mogli przejść – mówi Daniel Stawiarski
- Byłem zaskoczony i porażony, bo o ile zdarzają się sytuację, że lokatorzy nie płacą czynszu, no to jednak taka skala dewastacji nieruchomości, no to jest rzecz raczej niespotykana – komentuje adwokat Michał Radziejewski.
ZOBACZ: Wydała pieniądze na leczenie synka. Nikt nie chce wynająć im mieszkania
Ustaliliśmy, że kobiety wynajęły kolejny dom pod Warszawą. Jedziemy na miejsce.
Dziennikarz: Ja bym chciała porozmawiać o dworku w Zawadach, który pani wynajmowała od pana Sadowskiego. Właściciel tego dworu twierdzi, że pani nie zapłaciła za kilkumiesięczny czynsz, a dom jest zdewastowany. Widziałam. Co pani na to?
Najemczyni: Proszę wyłączyć, nie wyrażam zgody na nagrywanie.
Kobieta i jej dorosłe córki, które dołączyły do rozmowy, nie zgodziły się na wypowiedź przed kamerą. Rodzina twierdzi, że zostawiły bałagan, bo chciały jak najszybciej uciec. Twierdzą również, że je nękano i zapowiadają walkę w sądzie.
- Jeżeli chodzi o roszczenia, które w tym momencie przysługują Panu Pawłowi to są roszczenia o zapłatę zaległego czynszu, dodatkowo panu Pawłowi przysługuje również roszczenie odszkodowawcze z tytułu uszkodzenia lokalu i tutaj te kwoty będą szacowana. Z pewnością będą dochodzone na drodze postępowania sądowego. Należy się spodziewać tego, że ta sprawa znajdzie swój finał w pierwszej instancji dopiero w przyszłym roku – mówi adwokat Michał Radziejewski.
- Nie mam pieniędzy, żeby teraz remontować dom, te panie zostawiły mnie z ręką w nocniku, nie mam co zrobić, chciałbym to wynajmować dalej, żeby mieć pieniądze na życie – podkreśla Paweł Sadowski.
- Zabytkowy dworek zamieniony w oborę – podsumowuje Artur Plichta.