Zamiast odrestaurowanych klasyków, długi i wraki

Mieli odnawiać zabytkowe auta i motocykle, jednak klienci mówią, że po wpłacie wysokich zaliczek samochody miesiącami stały rozebrane, a kontakt z właścicielami warsztatu był coraz trudniejszy. Poszkodowani mówią o dziesiątkach tysięcy złotych straty, u niektórych kwoty są nawet wyższe. Sprawą zajmuje się prokuratura, do której zgłaszają się kolejne osoby.

W Poznaniu od kilku lat działa warsztat samochodowy. Prowadzą go dwaj bracia: Mikołaj i Łukasz M. Zajmują się odnawianiem zabytkowych motocykli i aut. Tak to przynajmniej na pierwszy rzut oka wygląda.

- Mercedes W123 z 1981 roku… Mam zarejestrowany moment, kiedy zabierali ten samochód do siebie, a tak wygląda on w tej chwili. Mam takie wrażenie, że ta historia powinna wyglądać odwrotnie. Znalazłem samochód na śmietniku, przyszli ludzie, którzy powiedzieli, że mi go odrestaurują, no i teraz samochód wygląda tak, po odrestaurowaniu – pokazuje nam częściowo rozmontowane auto Mirosław Nieściur.

ZOBACZ: Rodzinna masakra w Ustce. Major SOP zaatakował najbliższych

O działalności braci M. mówiliśmy już kilka miesięcy temu. Zgłosili się wówczas do nas ludzie, którzy twierdzili, że zostali poszkodowani. Mężczyźni mieli wziąć od nich auta do renowacji oraz pobrać pokaźne zaliczki. Z usług do dziś jednak się nie wywiązali.

- Ja braciom M. wpłaciłem 110 000 złotych na części i etapy prac do wykonania przy tym samochodzie – opowiadał wówczas Marcin Rabenda, jeden z poszkodowanych.                                   

- Wartość prac, które mieli włożyć, wycenili na 60 tys. zł. Wszystkie uszczelki, części zawieszenia, silnika miały być po mojej stronie. Później zaczęły się wymówki, że nie może się spotkać, bo wraca z Katowic, z zagranicy, a to jest chory, to miał wypadek, co chwilę coś. Mam zdjęcie Łukasza z SOR, które wysłał mi, tłumacząc, że jest po wypadku motocyklowym i nie może się spotkać, nie może wykonywać prac – opowiada Bartłomiej Stachowiak.

ZOBACZ: Odcięty prąd i spór o ogrzewanie. Dramat matki z sześciorgiem dzieci

Kolejny poszkodowany, Mirosław Nieściur również otrzymał zdjęcie. Wysłał je drugi z braci – Mikołaj.

- Przysłał je, żeby udowodnić mi wymówkę, że jest w przychodzi, szpitalu. Na fotografii widać, że stoi w kolejce za jakąś kobietą, ale jak się powiększy to zdjęcie i przybliży, to w szybie odbija się postać dziewczyny, która robi to zdjęcie – tłumaczy Mirosław Nieściur.

- To jest taki stały schemat: szybko rozebrać, wziąć pełną zaliczkę, po czym auto jest odstawione w krzaki, przychodzi nowy klient i traktowany jest tak samo – komentuje Jacek Świadek, rzeczoznawca samochodowy i biegły sądowy.

Mirosław Nieściur opowiada, że podjął dziewięć prób odebrania swojego auta. Wszystko na nic.

To zapis jednej z rozmów telefonicznych w tej sprawie z Mikołajem M.

- Dzwonię, bo chciał pan, żebym odebrał samochód 15 stycznia… Rozumiem, że skoro miałem odebrać piętnastego i pan się do mnie nie odezwał, to teraz mogę przyjechać w każdej chwili i zabiorę, tak?

- No, zaraz się skontaktuję z bratem i dam panu znać.

- Ale to nie jest pan w stanie zadzwonić do kogoś i dopytać?

- Co mam panu kłamać? Przecież nie będę wymyślał bajek. Kiedy pan by chciał być?

- No, ja mogę być nawet jutro. Jest samochód gotowy do wciągnięcia na lawetę?

- No, widzi pan – pan zadaje ciągle te same pytania, ja panu powiedziałem, że oddzwonię w ciągu godziny.

ZOBACZ: Szokujące zachowanie kierowcy autobusu. „Wyjął pistolet i zaczął celować”

Minęło półtorej godziny - Mikołaj M. nie oddzwonił, więc bohater reportażu spróbował jeszcze raz do niego zadzwonić. Nikt nie odebrał, a skrzynka pocztowa była zapełniona.

Kiedy realizowaliśmy nasz poprzedni reportaż, bracia pojawili się na terenie warsztatu, który kiedyś wynajmowali. Twierdzili, że nikogo nie oszukali. Co więcej - to oni skierowali do prokuratury prywatny akt oskarżenia. Twierdzą, że zostali zniesławieni.

Reporter: Rozpoznaje pan ten samochód?

Mikołaj M.: To nie jest samochód, tylko część maski.

Reporter: Gdzie jest reszta?

Mikołaj M.: Ja mam się panu tłumaczyć?

Reporter: Czy możemy pojechać do was i pokazać, co zrobiliście przy tym samochodzie?

Mikołaj M.: Nie, bo nie jesteśmy dziś na to przygotowani. Byliśmy dziś umówieni z tym panem na czternastą, a nie z tym panem.

Reporter: No, ale pan mówi, że wykonaliście pracę.

Mikołaj M.:  Ale nie jesteśmy przygotowani, żeby się z tym panem spotkać. 

Łukasz M.: Ci ludzie zostaną wezwani do prokuratury z trzema zarzutami karnymi. I to nie chodzi o mnie, tylko o Mikołaja w tym przypadku, bo to jego oczernili w internecie…

ZOBACZ: Mieszkanie wypełnił śmieciami. Sam śpi w aucie

Prawie rok temu śledztwo w sprawie braci M. wszczęła poznańska prokuratura. Wciąż nikt nie usłyszał w tej sprawie żadnych zarzutów. Po emisji poprzedniego reportażu do naszej redakcji zgłosili się jednak kolejni poszkodowani. Ustaliliśmy, że w prokuratorskim śledztwie pojawia się ich jeszcze więcej.

Marcin Ambroziak mówi, że przekazał braciom 24 750 euro, czyli około 100 tys. zł.

Niewiele mniej, bo około 90 000 zł zapłaciła Violetta Werner. - On twierdzi, że ma problemy i muszę czekać. I tak twierdzi od pięciu miesięcy – przyznaje.

Pani Violetta zleciła Mikołajowi M. pomoc w zakupie auta. Było jej potrzebne, aby dowozić na rehabilitację niepełnosprawnego syna. Aby móc sfinansować zakup, wzięła kredyt na pięć lat. Pieniądze przekazała Mikołajowi M. Samochodu nigdy jednak nie otrzymała.

- Już się pogodziłam z tym wewnętrznie, że tych pieniędzy mi się nie uda odzyskać, ale bym chciała, żeby on za to zapłacił – komentuje pani Violetta.

- Mamy tutaj typowy klasyczny przykład przestępstwa oszustwa, czyli wprowadzenia pokrzywdzonego w błąd – informuje Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.

Gdy pytamy, kiedy w takim razie można spodziewać się usłyszenia zarzutów, tłumaczy, że „najpierw nie dowiadują się o tym pokrzywdzeni, ale osoby zainteresowane najbardziej, czyli sami podejrzani.”

- Dzisiaj wiemy, że oni dalej oszukują ludzi – alarmuje Mirosław Nieściur.

- Obecne miejsce, w którym wykonują te prace wygląda jeszcze gorzej niż poprzedni warsztat – dodaje Jacek Świadek, rzeczoznawca samochodowy i biegły sądowy.

Próbujemy porozmawiać z Mikołajem M., ale tłumaczy, że „nie odpowie na żadne pytanie bez konsultacji z adwokatem”

Proponuje spotkanie w następny poniedziałek. Gdy pytamy o miejsce rozmowy, deklaruje, że poda je w ciągu godziny przez SMS. Miejsca spotkania Mikołaj M. nigdy nie podał.

Dzień przed wywiadem stwierdził, że musi go przełożyć na inny termin. Ostatecznie umówiliśmy się, że mailowo prześle nam odpowiedzi na nasze pytania. Do dziś jednak to nie nastąpiło.

 

 

Oglądaj inne reportaże tego reportera

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX