Z dachu nad głową niewiele zostało. Małżeństwo walczy o byt
Dach domu częściowo się zawalił, a nadzór budowlany kazał natychmiast się wyprowadzić. Problem w tym, że nikt nie zapewnił emerytom z Bydgoszczy mieszkania zastępczego. Para nadal mieszka więc w budynku grożącym katastrofą.
Pani Maria i jej mąż pan Roman od 40 lat mieszkają w budynku przy ul. Sienkiewicza w Bydgoszczy. Jego stan techniczny jest z roku na rok coraz gorszy.
- Moja żona wprowadziła się tutaj w 1986 roku (dostała mieszkanie z urzędu miasta - red.), a ja w 1992. Co roku coś dobudowywaliśmy, jakieś elementy typu łazienka czy okna. Źle zaczęło się dziać w 2017 roku. Budynek jest w coraz gorszym stanie technicznym – opowiada Roman Leszczewicz.
- Zauważyliśmy, że też zadaszenie ulegało zniszczeniu. Prosiliśmy o naprawę dachu – mówi Maria Leszczewicz.
- Zgłosiliśmy to do ADM-ów, ale żadnego odzewu. Później W końcu w 2023 roku ten dach miał takie poważne uszkodzenia, że wysłali tutaj zespół, taki niby też do oględzin, który stwierdził, że koszt naprawy dachu w tej chwili wynosi około 40 tysięcy złotych i oni nie będą tego remontować, bo przewyższa to wartość czynszu, który płacimy dla ADM-ów – dodaje pan Roman.
ZOBACZ: Budowlaniec bierze pieniądze i znika. Poszkodowanych przybywa
Mimo wielu pism i zgłoszeń małżeństwa, bydgoska Administracja Domów Miejskich nigdy nie wyremontowała dachu. We wrześniu ubiegłego roku doszło do katastrofy.
- Jest 24 września, godzina 9 rano, siedziałem tutaj i przeglądałem internet i nagle usłyszałem ogromny huk. Wtedy była taka akcja z tymi dronami. Mówię, Jezus Maria, tu dron jakiś walnął w nasz budynek. Cały przestraszony wybiegłem na zewnątrz i z budynku wydobywały się kłęby kurzu, takiego pyłu murarskiego, ceglanego. Jakby się wydarzyła jakaś katastrofa, jakby się ściana zawaliła. No i w tym momencie przyszło mi do głowy, żeby chwycić szybciutko za telefon i wezwać jakieś służby, bo coś poważnego się stało. Nie wiedziałem jeszcze dokładnie co. Wkrótce zaczęły się oględziny tego budynku – relacjonuje pan Roman.
- Pani z nadzoru budowlanego powiedziała, że natychmiast mamy się stąd wyprowadzić – dodaje pani Maria.
- Powiatowy inspektor nadzoru budowlanego w Bydgoszczy otrzymał informację od zarządcy, że nastąpiło uszkodzenie dachu w tym obiekcie. Pojechał na to miejsce i przeprowadził czynności kontrolne. No i natychmiast wydał decyzję, w której nakazał opróżnienie tego lokalu i wyłączenie go z użytkowania – potwierdza Marek Chorzępa, kujawsko-pomorski Wojewódzki Inspektor Nadzoru Budowlanego.
ZOBACZ: Kotłownia się sypie, a mróz z natarciu. Mają 12 stopni w mieszkaniach!
Adresatami decyzji nadzoru budowlanego nie byli jednak pani Maria i pan Roman, a miasto. Inspektor zobowiązał w niej administratora do natychmiastowego opróżnienia budynku, gdyż przebywanie w nim może grozić śmiercią.
- Nie dostaliśmy żadnego pisma, bo my nie jesteśmy stroną. ADM nic nam nie przekazał, absolutna cisza. A ta decyzja została wydana następnego dnia, 25 września – zaznacza Roman Leszczewicz.
- Ci, którzy powinni byli tę decyzję wypełnić, powinni byli to zrobić natychmiastowo, ze względu, że faktycznie oni narażają życie tych ludzi, którzy tam mieszkają – wskazuje powiatowy inspektor Marek Chorzępa.
ZOBACZ: Zamiast odrestaurowanych klasyków, długi i wraki
W tej sytuacji państwu Leszczewiczom należy się lokal zamienny. Zapewnić musi go właściciel budynku. Kłopot w tym, że właścicielem nie jest Administracja Domów Miejskich, a grupa prywatnych osób.
- Struktura właścicielska jest tam skomplikowana. My mamy kontakt z częścią, tam jest chyba z pięć osób, które władają nieruchomością. Oni jakąś częścią tej nieruchomości zawiadują, ale jest jakaś część, gdzie jest nieuregulowany jeszcze spadek – mówi Magdalena Marszałek z Administracji Domów Miejskich w Bydgoszczy.
Jak przekonuje, w chwili otrzymania decyzji z nadzoru budowlanego, ADM zareagowała błyskawicznie.
- Zabezpieczyliśmy ten dach przed dalszym uszkodzeniem i poinformowaliśmy właścicieli praktycznie natychmiast o sytuacji, o decyzji PINB-u. Właściciele nas poprosili o wypowiedzenie umowy najmu mieszkańcom. Co żeśmy poczynili - dodaje.
ZOBACZ: Przerażający smród niszczy restauratorów. „Atak konkurencji”
Obecnie więc sytuacja jest taka, że państwo Leszczewiczowie mają wypowiedzianą umowę najmu, w ich budynku brakuje połowy dachu i przebywają w nim mimo decyzji nadzpru budowlanego nakazującej opuszczenie. Jest tak przede wszystkim dlatego, że nie mają dokąd pójść.
- Jesteśmy oboje na emeryturze, więc wynająć coś jest nam ciężko. Mam bardzo niską emeryturę, bo 2600 zł. Mąż trochę więcej. Jest tu ciągle zimno po prostu. W łazience jest zimno, w kuchni jest zimno. Węgiel musimy kupować co chwilę – przyznaje pani Maria.
Sytuacja wydaje się być patowa. Właściciele nie zapewnili lokalu, a miasto bezradnie rozkłada ręce. Państwu Leszczewiczom pozostaje jedynie walka przed sądem. Pytanie tylko, czy zanim dojdzie do jej rozstrzygnięcia, wciąż będą mieli dach nad głową.
- W trybie lokalu zamiennego gmina Bydgoszcz nie jest w stanie im zapewnić lokalu. W normalnym trybie, jeżeli oni złożą wniosek - tak – tłumaczy Magdalena Marszałek z ADM w Bydgoszczy.
- Państwo mają prawo do lokalu zamiennego. Lokal socjalny, a lokal zamienny to są dwie różne kwestie. Na lokal socjalny czeka się również bardzo długo, a lokal zamienny jest należny małżeństwu tu i teraz, w tym momencie – podkreśla Zuzanna Rogińska, radca prawny, pełnomocnik państwa Leszczewiczów.