Kupił w salonie Audi z ukrytą przeszłością. Dziś stoi i niszczeje
Pan Piotr z Warszawy wydał 127 tys. zł za dwuletnie Audi A6. Zapłacił więcej sądząc, że zakup z salonu samochodowego będzie pewną inwestycją. Niestety okazało się, że samochód miał poważny wypadek, po którym ubezpieczyciel uznał szkodę za całkowitą. W efekcie Audi od lat stoi nieużywane.
Osiem lat temu pan Piotr kupił dwuletnie Audi A6.
- Pomyślałem sobie, że kupię może trochę drożej, ale właśnie w salonie po to, żeby mieć absolutną pewność, że to będzie auto sprawne. To był samochód używany, z przebiegiem dwudziestu kilku tysięcy kilometrów. Kosztował 127 tysięcy zł – mówi Piotr Janiszewski.
Radość z zakupu niestety nie trwała długo. Jeden z przyjaciół pana Piotra dostrzegł w jego nowym aucie pewien niepokojący szczegół.
- Oglądam, oglądam i mówię, że jeden reflektor jest inny niż drugi. Ale myślałem, że to przewidzenie moje – wspomina Artur Małeta.
- Akurat byłem w złym humorze, mówię: kochany, ja to auto kupiłem w salonie, co ty chrzanisz mi tu. Tam była taka woda. A on mówi: zobacz, te krople są wewnątrz. No i wtedy zleciłem badanie techniczne u rzeczoznawcy w Automobilklubie w Warszawie. Potwierdzili, że auto jest na pewno powypadkowe – opowiada pan Piotr.
ZOBACZ: Piętnaście lat za niewinność? Po odbyciu kary walczy o dobre imię
O wynikach przeprowadzonych ekspertyz pan Piotr powiadomił dilera. Z jednej z nich wynikało, że samochód jest po takim wypadku, po którym naprawa była - zdaniem ubezpieczyciela - nieopłacalna. Czyli po szkodzie całkowitej, wycenianej na 60 tys. euro. Diler jednak twierdzi, iż o tym nie wiedział.
- Kupując samochód w salonie można oddać inny samochód w rozliczeniu. I to moje Audi trafiło właśnie do salonu w taki sposób. Zostało uprzednio sprowadzane z Niemiec przez prywatnego importera – tłumaczy Piotr Janiszewski.
Podobną historię pokazywaliśmy dwa lata temu. Wówczas również chodziło o pojazd używany, kupiony u autoryzowanego dilera. W tamtym przypadku samochód okazał się być kradziony, a mężczyzna dowiedział się o tym po czasie.
- Po roku użytkowania dostałem ofertę mailową z Warszawy, że jest szansa odkupienia mojego samochodu i wymiany na nowe auto, o które wcześniej dopytywałem. Zgodziłem się na to, wysłałem ofertę. Kiedy podałem im nr VIN, odpisali, że tego samochodu nie wycenią i nie odkupią, bo był kradziony. Przysłano mi historię. Kradzież zgłoszono w listopadzie, a odnaleziono w grudniu. On był w leasingu. Byłem u tego dealera, co mi sprzedał auto, to nie chciał ze mną nawet rozmawiać – relacjonował nam Władysław Kozłowski.
ZOBACZ: 60 tys. zł za prąd, głównie latem. Emeryci w szoku
Wracając do sprawy pana Piotra - diler zaproponował mu ugodę finansową, na którą jednak mężczyzna nie chciał się zgodzić. Pan Piotr o sprawie powiadomił prokuraturę. Ta jednak umorzyła postępowanie, a decyzję o umorzeniu podtrzymał również sąd.
- Sąd podzielił to stanowisko prokuratora, że zebrany materiał dowodowy nie daje podstaw do przyjęcia, iż zaistniało przestępstwo oszustwa. Sąd w uzasadnieniu swojego postanowienia wskazał, że zebrane dowody nie pozwalają w sposób niebudzący wątpliwości przyjąć, że pracownicy firmy, która ten samochód sprzedawała, mieli świadomość tego, że był to samochód wypadkowy, a przede wszystkim nie ma dostatecznych dowodów na to, żeby zapewniali pana nabywcę, że samochód był samochodem bezwypadkowym. Dlatego sąd uznał, że nie ma tego elementu przestępstwa, oszustwa, czyli wprowadzenia w błąd – informuje Aleksander Brzozowski z Sądu Okręgowego w Poznaniu.
Ta decyzja śledczych jest o tyle dziwna, że w zeznaniu złożonym przed prokuratorem kierownik sprzedaży salonu oznajmia, iż powiadomił pana Piotra o tym, że samochód na pewno jest bezwypadkowy.
Auto było też objęte specjalnym programem gwarancyjnym Audi Select Plus. Gwarantuje on sprawdzenie 117 punktów w pojeździe.
ZOBACZ: Policjanci sforsowali drzwi i wyciągnęli broń. W środku małżeństwo emerytów
Sprawa w tej chwili będzie badana przez sąd gospodarczy. W oświadczeniu dilera czytamy m.in.:
„(…) W momencie sprzedaży auta nie było informacji wskazujących na wcześniejszą szkodę, a pojazd posiadał ważne badanie techniczne i był dopuszczony do ruchu. (…)”
Samochód od czterech lat jest wyrejestrowany i stoi bezużytecznie na parkingu. Pan Piotr zapowiada walkę o sprawiedliwość.
- Z całą pewnością tutaj mamy do czynienia z sytuacją, kiedy wada będąca podstawą reklamacji i całego postępowania istniała w chwili, kiedy pojazd był sprzedawany. Kupujący o tej wadzie nie miał żadnej świadomości. A ponadto nie można powiedzieć, że ta wada powstała w trakcie eksploatacji pojazdu, za co mógłby ponosić odpowiedzialność nabywca. Czyli po prostu mamy tutaj wszystkie elementy, które wskazują jednoznacznie na odpowiedzialność strony sprzedającej – uważa radca prawny Janusz Krakowiak.