Przyjechali do pożaru, w hydrantach nie było wody

Skandal w Starościnie w województwie lubuskim. Wezwani do pożaru w bloku strażacy nie mogli pomóc, bo w hydrantach nie było wody! Zanim przyjechała cysterna, spłonął dobytek 14 rodzin. Pogorzelcy mówią, że problemy z wodą mieli od dwóch lat. Urzędnicy nie poczuwają się jednak do żadnej odpowiedzialności.

- Czuliśmy złość, że dym wychodzi z komina, płomienie, a oni stoją i nie mają wody – opowiada Ewa Chojna, poszkodowana w pożarze.

Mieszkańcy jednego z bloków w niewielkim Starościnie w województwie lubuskim są załamani. W jednej chwili stracili wszystko, na co pracowali dwadzieścia lat.

- Wcześniej to była ruina. Gdy to kupiłem, to był kran z zimną wodą, a na ziemi stało wiadro. Nie było kanalizacji, prądu, łazienek, centralnego ogrzewania – wspomina Wojciech Hus, poszkodowany w pożarze.

Do pożaru doszło w nocy z 10 na 11 marca tego roku. Kiedy mieszkańcy zauważyli ogień, opuścili swoje mieszkania i zadzwonili po straż pożarną.

- Ja się pytam, dlaczego nie gaszą, a strażak do mnie, że nie mają wody – opowiada Katarzyna Grosicka, poszkodowana w pożarze.

- W hydrantach zlokalizowanych obok tego budynku było zbyt małe ciśnienie wody. Tylko  jeden był sprawny, w pozostałych nie było tyle wody, żeby prowadzić skuteczne działania gaśnicze. Zawsze jedziemy na akcję z założeniem, że hydranty powinny być sprawne, mieć odpowiednie parametry. Jeśli tak nie jest, pojawia się problem – mówi Marek Koroluk z Komendy Powiatowej Państwowej Straży Pożarnej w Słubicach.

Strażacy sprowadzili do gaszenia cysternę z oddalonych o 20 km Słubic. W tym czasie spłonął dorobek życia 14 rodzin.

- Gdyby ta woda była, to skończyłoby się pewnie na zniszczonym jednym mieszkaniu i zalanym lokalu na dole. A że wody nie było, to ogień poszedł dalej. Tyle rodzin zostało bez mieszkań. No, do kogo możemy mieć pretensje? Tylko do spółki Eko, że tej wody nie było – mówi Małgorzata Bartoszek, poszkodowana w pożarze.

Ale ani przedsiębiorstwo wodno-kanalizacyjne Eko, ani burmistrz Rzepina, do którego należy spółka, nie poczuwają się do żadnej odpowiedzialności za zaistniałą sytuację. Próbujemy dowiedzieć się dlaczego.

- Zasuwa hydrantowa nie miała śladów otwierania. Była przysypana liśćmi i ziemią. Pracownik odgarnął butem te liście i bez problemu odkręcił zasuwę – mówi Bogumiła Urbanek, dyrektor Przedsiębiorstwa Wodno-Kanalizacyjnego Eko w Rzepinie.

Czy to znaczy, że strażacy nie wiedzą, jak odkręcić hydrant?

- Nie potrafię pani odpowiedzieć, dlaczego ta zasuwa nie została odkręcona – dodała Bogumiła Urbanek, dyrektor Przedsiębiorstwa Wodno-Kanalizacyjnego Eko w Rzepinie.

- Trudno mi się na dziś do tego odnieść. Żadna strona nie przyznaje się do błędu. Proszę zwróci się do administratora sieci o wyjaśnienie tej sytuacji – powiedział nam Andrzej Skałuba, burmistrz Rzepina.

- Woda w hydrantach była.
Reporterka: Strażacy twierdzą, że hydranty były niesprawne.
- To niemożliwe. Ani w dniu zdarzenia, ani przed nie było sygnału, że jest jakieś gorsze ciśnienie wody. Nie mieliśmy żadnej awarii w tej sieci – zapewnia Bogumiła Urbanek, dyrektor Przedsiębiorstwa Wodno-Kanalizacyjnego Eko w Rzepinie.

Ale mieszkańcy spalonego budynku nie wierzą w te zapewnienia. Twierdzą, że problemy z ciśnieniem wody zaczęły się, kiedy dwa lata temu w Starościnie powstał nowy wodociąg.

- Kiedy podłączyli nas do tego Rzepina, to pojawiły się problemy z wodą. Nieraz były problemy z wodą do mycia, nie leciała też, jak się prało w pralce – mówi Szymon Judasz, poszkodowany w pożarze.

- Na moje wystąpienia na sesjach rady, pani dyrektor powiedziała, że ciśnienie jest sprawdzane, jest w normie i nie ma powodów do ulepszania tej wody – twierdzi Włodzimierz Niemir, sołtys Starościna.

Pogorzelcy ze Starościna znaleźli się w bardzo trudnej sytuacji. Tylko nieliczni byli ubezpieczeni. Większość z nich mieszka teraz u rodziny albo znajomych.

- Dla nas jest teraz najważniejsze, żeby dach odbudować, bo bez niego nie możemy nic robić w mieszkaniach – mówi Małgorzata Bartoszek, poszkodowana w pożarze.

Wstępnie koszt dachu został obliczony na 350 tysięcy złotych. Pogorzelcy liczyli na pomoc gminy, ale już wiedzą, że są zdani na siebie i ludzi dobrej woli.

- Dostaliśmy jednorazową pomoc finansową w kwocie 1500 złotych na rodzinę – mówi Małgorzata Bartoszek, poszkodowana w pożarze.

- Sytuacja jest o tyle skomplikowana, że to mienie prywatne  Nie ma pozwolenia na cedowanie środków na własność prywatną – twierdzi Andrzej Skałuba, burmistrz Rzepina.

- Mieszkania prywatne, ale my od 19 lat płacimy podatki za grunty. Nie można powiedzieć, że chcemy sobie dom upiększyć. My chcemy odbudować dach nad głową – podsumowuje Wojciech Hus, poszkodowany w pożarze.*

* skrót materiału

Reporterka: Paulina Bąk

pbak@polsat.com.pl