Smutny koniec producenta drzwi i okien. Nie zapłacił pracownikom

Około 150 byłych pracowników słupskiej firmy produkującej od 25 lat okna i drzwi walczy o odzyskanie należnych wynagrodzeń za cztery miesiące pracy. Załoga firmy alarmuje, że właściciel wyprzedaje lub przepisuje na inne osoby swój majątek.

- To jest bardzo ważna kwestia, że przez trzy miesiące, prawie cztery, trzymano nas tutaj na siłę i mówiono, że firma przejdzie pełną restrukturyzację i zostaną nam wypłacane zaległe pensje. Dlatego my nie szukaliśmy sobie innej pracy – mówi jeden z pracowników.

- Chodzi o kwoty od 7 do nawet 50 tys. zł na osobę, bo i takie wnioski też widziałem.

Mi zalegają około 30 tys. zł z odsetkami. W październiku firma miała około 21 milionów zł zadłużenia: zaległych pensji, należności dla dostawcy – opowiada kolejny.

Oszustwo na panele słoneczne

Właściciel tak zachęcał pracowników do pozostania we wrześniu 2019 r.:

„Fundusz inwestycyjny powoła spółkę, która zatrudni cały stan osobowy. Istotna kwestia dotycząca wynagrodzeń: te zaległe będą wyrównane, taka jest deklaracja funduszu”.

Mimo licznych prób nie udało nam się skontaktować z właścicielem firmy. Pracownicy także nie mają z nim żadnego kontaktu, dlatego należności próbują odzyskać na drodze prawnej. Sprawę zgłosili do prokuratury i Wojewódzkiego Inspektora Pracy.

- To zawiadomienie dotyczy nie tylko naruszenia praw pracowników, ale również pozbywania się majątku i to również będzie przedmiotem ustaleń – informuje Marcin Natkaniec, zastępca Prokuratora Rejonowego w Słupsku.

Chcieli kupić dom, mają do spłaty obce długi 

- Kłopoty się zaczęły, kiedy szef dostał udaru. Choroba właściciela odbiła się na zakładzie - mówi jeden z byłych pracowników.

- Są tacy, co mają sądowe nakazy zapłaty złożone do komornika. To bodajże dwie albo trzy osoby, od spraw których pan B. zapomniał się odwołać. W sumie siedemdziesiąt osób złożyło wnioski do sądu – dodaje inny pracownik.

Sprawa upadłości firmy jest w tej chwili kluczowa, by pracownicy mogli odzyskać chociaż część należności. Wraz z upadłością do firmy wejdzie syndyk, który zabezpieczy mienie na poczet roszczeń. Czas mija, sprawy nie ułatwia pandemia koronawirusa, która wydłuża procedury.

- Właściciel cały czas upłynnia swój majątek, nie wiemy nawet, jak to robi, skoro bank trzyma łapę na firmie. To są naprawdę milionowe kwoty. Jest nam potrzebny sąd w Gdańsku, żeby ogłosił upadłość – tłumaczy jeden z pracowników.

- Plany pokrzyżował koronawirus, została wstrzymana wysyłka pism sądowych. Jeżeli chodzi o termin, w jakim jest rozpoznawany wniosek o ogłoszenie upadłości, to tutaj taki termin zalecany wynosi około dwóch miesięcy, jako maksymalny termin – informuje Łukasz Zioła z Sądu Okręgowego w Gdańsku.

Rzadka choroba i znikoma pomoc od państwa

- Fundusz gwarancyjny wypłaca pieniądze rok od zwolnienia się. Jeżeli upłynie ten rok, tak jak w moim przypadku, czy w przypadku innych kolegów, którzy zwolnili się pod koniec sierpnia, to praktycznie nie otrzymamy żadnych pieniędzy. Jest bardzo mało czasu – alarmuje jeden z pracowników.

- Z jednej strony jest nam przykro, bo jest po udarze, ale działa tak, jakby był w pełni świadomy. Idzie tym tropem, żeby jak najdłużej, jak najpóźniej tę sprawę rozwiązać – podsumowuje inny.

Oglądaj inne reportaże tego reportera

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX

 

XXXX XXXXXXX XXXXXX XX XXX XXX XXXX XXXX XXXXX

 

XXX XXXX X XXXXXXX XXXXXXXX XXXXXXX X XXXXX